N jak nadzieja

Matka i Ojciec mogli być niczym Hugh Grant w „Był sobie chłopiec”. Tylko kilka szczegółów się nie zgadza: brak tłocznych londyńskich ulic, audi TT i dzikiej radości na ich twarzach. Choć gnają, jak najszybciej mogą, prędko gubią z oczu żółto-czerwoną karetkę z napisem „N”. „N” jak „noworodek”. „N” jak „nadzieja”.

Znają drogę, którą mieli podążać, ale widoczność tego dnia jest koszmarna. Nie mgła przeszkadza, a łzy.
Cały czas prosto. W prawo, na rondzie w lewo i znów prosto. Jesteś u celu. To będzie ich stała trasa.

Matka i Ojciec idą najdłuższym korytarzem świata. Za szklanymi drzwiami Oddziału Intensywnej Terapii i Patologii Noworodka wita ich przyjazna twarz lekarki – doktor prowadzącej. Od razu prowadzi na „erkę”. Instruktaż dezynfekcji rąk, który tego dnia dostają będzie dla nich jak mantra – świętość na tym oddziale zarówno dla personelu jak i rodziców, której później Matka chciałaby nauczyć wszystkich w każdej innej placówce zdrowia.

Przeszklona sala, przesłonięte rolety dające półcień i przyjemny chłód. Małe łóżeczko, a w nim beżowo-zielony rożek. Opatulony, śpiący Maluch jest w nim prawie niewidoczny. Śpi spokojnie. Żółty szpitalny kaftanik, półśpioszki w zielone paski, wkłucie w główce, jakaś kroplówka, sonda w nosku, opaska z nowego oddziału, kable…
Niebieskie śpioszki w gwiazdki, w których przyjechał tu, czekają gotowe do zabrania. Matka będzie leżeć wtulona w nie przez kolejne nieprzespane noce.

Lekarka tłumaczy spokojnie. Matka momentalnie łapie się uparcie najlepszej z możliwych wersji zdarzeń: niedrożność możliwa do usunięcia poprzez wlewki; smółka, choć pojawiła się przy porodzie, zapchała jelito – zdarza się.

Do uszu Matki i Ojca dochodzą jeszcze inne możliwości, które lekarze zamierzają wykluczać: choroba Hirschsprunga. Gdzieś tam Matka słyszy też: mukowiscydoza.

O pierwszej i niezbędnej diagnostyce mówi lekarka. Drugą chorobę Matka trochę kojarzy – w swoim zawodowym życiu miała styczność z opracowaniami na jej temat. Także Starszak i Maluch objęci byli programem badań przesiewowych. Matka wie, że na wyniki, a lepiej nawet na ich brak, trzeba czekać ok. sześciu tygodni od czasu porodu.

Co więcej w głowie kołacze? Najbardziej chyba serial, którym umiliła (?) sobie Matka czas oczekiwanie na rozwiązanie (tylko kobieta po cesarce mogła całkowicie stracić apetyt na vbac po kilku odcinkach „Z pamiętnika położnej” ;))
Matka patrząc na śpiącego Malucha ma przed oczyma ciemny pokoik z jednego z odcinków. W nim starszą siostrę zakonną-położną, która polizaniem czoła dziecka rozpoznaje… przekleństwo. „Woe to that child which when kissed on the forehead tastes salty. He is bewitched and soon must die” – cytowała zapiski z siedemnastego wieku bohaterka serialu.
Matka nieco dłużej całuje czółko Malucha. Nie wyczuwa słonego smaku potu tak charakterystycznego dla mukowiscydozy.

Daje się jeszcze na chwilę uwieść zdradliwemu wujkowi Google i wpisuje: Hirsch-sprung. Czyta.
Potem jeszcze: mu-ko-wi-scy-do-za. Czyta: genetyczne, przewlekłe, nawracające, śmiertelne, nieuleczalne… Matka odruchowo wybiera w myśli, jakby chciała zaczarować: Tylko nie ta muko, tylko nie ona. Może już już lepiej (sic!) to drugie?… Może być tu jakieś mniejsze zło?

Tak, trzeba być dobrej myśli. Może to po prostu chwilowa niedrożność zupełnie niezwiązana z żadną z tych chorób?
Matka jeszcze raz całuje czółko Malucha. Słone są tylko jej łzy. To ją uspokaja.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s